Archiwum dla Grudzień 18th, 2011
jestem pewna, że kiedyś byłam powietrzem, ale na widok ziemi zaparło mi dech w piersiach.
Nie jestem odważna, bo gdy odsłaniam plecy, to zamykam oczy. Unikam stanów swojej słabości, żeby mieć pewność, że to ja znam się lepiej. To głupie być tak pewnym siebie, bo wtedy jest dla mnie niespodzianką przychodzące ‘nagle’, przez które oficjalnie wbrew sobie angażuję się w kuluarowy suspens. W tych okolicznościach okazuje się, że zaskakuje tym, co odkrywane jest również przede mną, tym, co staje się nagle pomiędzy odsłoniętymi plecami i przymkniętymi powiekami.
Wyobraź sobie, że już nie liczę czasu od startu do mety. Drogę nauczyłam się odmierzać obrazkami. Pierwsze nadchodzą gdy jeszcze stoimy, ponieważ to początek. Kierowca autobusu zerka w centralne lusterko, potem zapala światło, bo od deszczu cały świat poszarzał, żebym mogła spokojnie spojrzeć w swoje podręczne, aby pozbyć się okruszka z tuszu, co utkwił i męczy niemiłosiernie tak, że łzawię, że starsza pani się pyta, czy coś się stało. Jedziemy. Uśmiecham się do niej i do niego, on puszcza oko, ona marszczy nos i poprawia okulary. Patrzę za okno a potem w okno. Odbija się w nim dziewczyna i chłopak mocno przytuleni, tak jak ja chyba nie potrafię, bo ona przecież nie krzyżuje rąk na piersi. Potem dziecko całuje matkę z miłością naturalnie dziecięcą. Odwracam głowę przez szept pani do pana. Obydwoje w średnim wieku, trzymają się za ręce. Wydaje mi się, że oni kłócą się ze sobą szeptem i delikatnie, podobnie do jego muśnięć jej dłoni. Potem słyszę, że kontrola biletów. Nagle przebudzona, szukam zajadle w bezbrzeżnych odmętach mojej nowej torebki, z naprędce przerzuconym starym bałaganem. Rewizor z uśmiechem zerka na drżenie moich rąk. On jest pewien, ze nie mam biletu, ja wiem, że mam go z cała pewnością. Mówi mi,że wierzy, bo tak wyglądam, że trzeba wierzyć i odchodzi życząc miłego dnia. Uśmiecham się w szybie do siebie a ktoś za nią przywłaszcza sobie moje roztargnienie.
Widziałeś kiedyś swoją twarz odbita w oknie autobusu późnowieczornej linii? Fotometeory miejskich latarni i domowe ogniska blokowisk wplatają się we włosy jak świętojańskie ogniki a przestrzeń rozmienia się na drobne, podniecone wyobraźnią, fotoplastikowe obrazy. Wtapiam się w zaokienny świat jak Alicja, stąpam ostrożnie, żeby nie naruszyć przedziwnie uregulowanych zasad imaginacji: jestem w miejscu ale bardziej tam niż tutaj. To typowy dualizm: codzienna proza skonfrontowana z liryczna wizją Krainy Czarów. Z premedytacją ponosi mnie i umieszczam się w treści- oto być może cała jakość przemierzanych etapowo kolei trasy przez moje miasto.
Gdy jest zakorkowane bulgocze, rozpiera się jak tendencja w popołudniowym fotelu. Każdego dnia mam swoje miejsce w autobusowym centrum, tuż przy rurze głównej. Podczas posuwistego ruchu asfaltowej galery czyni ono ze mnie trapezową tancerkę. Jeśli uda mi się stanąć przy ostatnim oknie, łapię spojrzeniem drogę uciekającą spod kół. Wsłuchuję się wtedy w turkot silnika, czasem myślę asocjacyjnie i bardzo intensywnie. W szczycie myśli- lewituję, ale kiedy przez ciężar torby drętwieje mi ramię, zdaję sobie sprawę z posiadanego luksusu- mam zapas czasu na stanie w korkach.